Oooooo Esfahan…

Oooooo Esfahan…

Posted from Esfahan, Isfahan, Iran.

…pełno tu Boga, nie ma dam.

Czyli oczywista refleksja na temat państwa wyznaniowego:

Jeśli mężczyźni nie potrafią utrzymać na wodzy swoich chuci, to czemu się nie zamkną w klasztorach, lub choćby nie wymierzają w ramach samopokuty 40-stu batów przed śniadankiem?
Nie! Mężczyźni w Islamskiej Republice Iranu wolą ukarać za swój brak samodyscypliny kobiety i każą im chodzić w długich kiecko/płaszczach, a co gorsza w szmatach na głowie. Przy 40-stu stopniach w cieniu i przy ogólnie znanej prawdzie, że zimą należy nosić czapkę , bo najwięcej ciepła wychodzi przez głowę, obowiązek zawijania przez kobiety (tak, turystki również!) głowy, karku i okolic, zakrawa na przemyślną torturę.

Wkurza mnie to i upokarza jako człowieka, jako kobietę, jako turystkę (zwłaszcza jak widzę turystów-samców, którzy funkcjonują normalnie i nie muszą się dostosowywać), a jednocześnie mam poczucie, że dzięki temu bardziej tego Iranu doświadczam, niejako jestem wewnątrz pewnego jego aspektu kulturowego, a nie tylko obserwuję z boku przez obiektyw.
Racjonalizacja taka, żeby mniej wkurzało J

Tyle tytułem wstępu. Teraz konkrety z pamiętniczka.

STAMBUŁ
Międzylądowanie w Stambule było na tyle długie, że wyskoczyłyśmy na miasto, a konkretnie w jedno, najbardziej znane miejsce, czyli do Sultanahmet – plac między 2 najsłynniejszymi świątyniami miasta: Hagia Sophia i Błękitny Meczet.

Wyskok był szybki (niecała godzinka w jedną stronę metrem i tramwajem), przebieżka kurcgalopkiem między jednym, a drugim meczetem i zwieńczone sukcesem poszukiwania dość przyjemnej knajpki, w której rozpoczęłyśmy urlop ostatnią butelką wina.

W ogóle ostatnim alkoholem, bo w Iranie obowiązuje 100 %-owa prohibicja.
Nawet to rozumiemy. Upał, czepek na łbie i alkohol = bezwzględna śmierć,  co z tego, że przez chwilę może nawet i przyjemna.

TEHERAN
Nie powala. Za to dzielnie i zawzięcie walczy o palmę pierwszeństwa wśród najbrzydszych miast, które widziałyśmy. Nawet Ułan Bator było ładniejsze, bo klimatyczne. Może tylko Addis Abeba mu nie ustępuje, chociaż i tam było więcej – o dziwo! – miejsc przyciągających wzrok.

W Teheranie nie ma prawie nic, co warto byłoby zobaczyć. Oprócz może paru muzeów i jednego pałacu. Natomiast urbanistycznie i architektonicznie pupa i kupa. Smog, hałas i chaos.

Uciekać z tego miasta jak szybko się da, jako i my próbowałyśmy, ale los się sprzeciwił. W ogóle los sobie z nas żartował. Najpierw nie przeczytał nam, że w poniedziałki Muzeum Narodowe (czyli to, co dla nas najciekawsze) jest zamknięte; potem zamknął nam na sjestę Muzeum Biżuterii (ponoć tu przechowują oryginały cacek z większości dynastii królewskich); potem nie pokazał nam żadnego fajnego miejsca do zjedzenia (no dobra miejsce na tzw. forum artystyczno-intelektualnym było nawet fajne, a kobiety siedziały sam na sam z mężczyznami, paliły papierosy i bezczelnie poprawiały chusty, odkrywając przy tym wyuzdane włosy, ale żarcie nie zachwycało), a na koniec wyparł z naszej pamięci cenną notkę, że pociągi do Esfahan jeżdżą tylko w nocy.
W związku z tym zamiast zniknąć z samego rana przebumelowałyśmy jeszcze cały dzień w tym najstraszniejszym mieście świata.
Noc upłynęła nam na fascynującej podróży kuszetkami z dwiema konserwatywnymi parami rozpolitykowanymi Iranczyków w wieku średnim ++ ….

ESFAHAN
(lub Isfahan, nigdy nie wiem, która forma jest bardziej poprawna)

To bardzo miłe wytchnienie po Strasznym Mieście na T.
Oprócz smogu (choć mniejszego) ma też parę ciekawych zabytków (wpisanych na listę UNESCO), ma rzekę (co z tego, że aktualnie wyschniętą, ale łabądki do pływania są), ma jakby parki, ma fontanny z tryskającą okresowo wodą, ma bazar w skali do ogarnięcia przez europejskiego człowieka i ma przede wszystkim przepyszne soki z granatów!

Więcej dopiszę, jak mnie wena dorwie i trafi się lepszy internet, tymczasem parę zdjęć, resztę w tym las kolumn i inne mrożące krew w żyłach ekscesy dorzucę, jak poprzebieram i jak się trafi lepszy internet; podpisy pod zdjęciami też się pojawią, jak będzie lepszy internet 😉

SUPLEMENT:

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook
  1. Seniorita
    21/08/2014 at 17:19

    Co to za „mrożące krew w żyłach ekscesy”? czyżbyście próbowały zdobyć alkohol na czarnym rynku?
    Napisz coś o hostelach w których mieszkacie i koniecznie podpisz zdjęcia, w końcu co innego można robić wieczorami? (całkowicie zamierzona złośliwość) 😉
    P.S. nie chcę was dziewczyny martwić, bo pewnie tego nie zauważyłyście, ale wasze wyuzdane włosy wystają spod chust 🙂
    Pa

    • 21/08/2014 at 18:55

      np. mrożącym krew w żyłach ekscesem z dzisiejszego wieczoru było poszukiwanie piekarni z pysznymi „beretami” wśród glinianych i mrocznych zaułków Yazd
      wypij nasze zdrowie, oczywiście kefirem, żeby nam nie było przykro 😉

  2. JEZZ
    21/08/2014 at 18:53

    Włosy wijąsię z gorąca więc trudno je utrzymać pod szmatką 😛

  3. 21/08/2014 at 18:57

    wiją się i gniją 😀
    a hostele mamy full-wypas! nawet w Yazd trafił nam się pokój z łazienką 🙂

  4. PRS
    22/08/2014 at 00:51

    zabiło mnie zdjęcie nr 5 gdzie Aśka zajada stopiony smalec…..przynajmniej tak to wygląda….a obok stoi druga miska z czymś równie strasznym ( jakby zupa ogórkowa ze skwarkami ?)

  5. 22/08/2014 at 05:53

    😀 😀 😀 to było nasze przepyszne śniadanko przy dworcu kolejowym w Teheranie. Akurat zupełnie niezłe, choć niewyględne. To czym się akurat zajada Aśka to budyń z cynamonem, a to zielone to zupa z bardzo różnych fasolek, groszków i ciecierzyc – nawet niezłe. Na poprzedbim zdjęciu widać nawet michy, z których nam serwowano te ekstraordynaryjne potrawy 🙂

  6. JEZZ
    22/08/2014 at 06:16

    Bo widzisz, życie podróżnika czasem wcale nie jest łatwe. Smalec był na słodko i z cynamonem :-S

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*