pora na NARA

pora na NARA

nie nie nie, jeszcze nie sayoNARA, tylko taka Nara godzinkę jazdy od Osaki.

Dni 03-05 września AD 2012 spędziłam rozmaicie.
Niewątpliwie najprzyjemniejszym był 03/09/2012, gdy pojechałam nad Morze Japońskie ale dla podsycenia ciekawości 😉 zacznę od końca:

05/09/2012 spędziłam w Nara – pierwszej (dość krótkotrwałej, ale zawsze) stolicy Japonii. Było to w VIII wieku naszej, ciągle nam panującej ery. Ponoć cesarz się stąd szybko wyniósł, gdyż stan kapłański za bardzo się rozrastał i umacniał, czego dobitnym i namacalnym (choć macać nie wolno) jest Budda-olbrzym, wykonany z brązu największy posąg w kraju. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Kamakury, gdzie siedział sobie trochę mniejszy (i którego można było pomacać, nawet od środka), ten jest zamknięty w największym ponoć na świecie drewnianym budynku! I to już robi wrażenie. Jeśli ktoś ma inne informacje w temacie największości, to ja bardzo proszę o korektę – podaję za źródłami turystycznymi, więc mogą wymagać weryfikacji.
I w zasadzie ta świątynia z Buddą jest główną sakralną atrakcją miasta. Wjazd kosztuje 500 Y za samego Buddę lub 800 razem z przyległym mini muzeum, w którym znajdują się różne buddyjskie artefakty, głownie z tego samego VIII wieku.

Ale Nara ma jeszcze jedną poza sakralną atrakcję, widniejącą na studzienkach i w zasadzie wszędzie – jelonki. Nie są one na szczęście tak wielkie, jak nasze, są za to wszędzie! Tzn. w części parkowo-leśnej miasta, czyli tam gdzie są świątynie i aleje spacerowe. Musiały być tu już dawno temu i zapewne miały jakieś szczególne znaczenie, skoro ich przedstawienia spotyka się także na zabytkowych latarenkach wotywnych, flankujących drogę do świątyni Kasuga Taisha.
Jelonki można dokarmiać. Za 150 Y kupuje się specjalnie spreparowane ciasteczka, które jelonki kochają i są w stanie za nimi podążyć wszędzie nawet do torebki, czy pod bluzkę opieszałej pańci. W zasadzie zabawne było obserwowanie niczego nie spodziewających się ludzi, którzy kupili ciasteczka i myśleli, że teraz to sobie nakarmią zwierzątka. Nie, zwierzątka karmią się same! Człowiek jest tylko stojakiem na żarcie. Ot, taka wykwintna patera, którą czasem trzeba gonić (lub bodźnąć ;-)).
Gdy patera ucieka powinna mimo wszystko uważać na to, co depcze zwiewajacymi stopami, gdyż chodniki i alejki Nara usiane są małymi czarnymi kulkami, które od wszechobecnego żwirku odróżniają się miękkością, okrągłością i aromatem.

Do Nara można dojechać zarówno z Osaki, jak z Kioto, i z obydwu miejsc podróż zajmuje ok. 1h. Z Kioto jedzie JR-pociąg o nazwie Nara (ze stacji Kyoto), natomiast z Osaki (ze stacji Osaka) pociąg Yamatoji.

04/09/2012
To był dzień przeprowadzki, pożegnania z Kioto i zarazem powitania z Osaką.
Ale zanim się przeniosłam (shinkansen ze stacji Kyoto do stacji Shin-Osaka jedzie jakies 14 minut! Podczas gdy normalny pociąg, nawet rapid, ok. 50) zobaczyłam jeszcze jedną słynną świątynię w Kioto – Kinkakuji, tzw. Złoty Pawilon.
Mówiłam już, ze po Kioto najlepiej się poruszać autobusami? No bo tak jest rzeczywiście najlepiej. Autobusy ruszają np. z głównego terminala sprzed stacji Kyoto, są dobrze oznaczone, dojeżdżają do wszystkich najważniejszych atrakcji miasta, w informacji autobusowej (lub turystycznej, lub dworcowej, bo są różne) można dostać autobusowy plan miasta z zaznaczonymi wszystkimi przystankami i pobliskimi ważnymi punktami. Przejazd jednorazowy jakimkolwiek autobusem kosztuje zawsze 220 Y (co przy paru obiektach robi się dość kosztowne), ale istnieje również 1-day-pass za 500 Y i to już jest bardzo rozsądna cena.
Autobusy mają jedną wadę: długo jadą. Np. przejazd do świątyni Kinkakuji zajął mi niemal godzinę w jedną stronę!
A sama świątynia? Niewątpliwie robi wrażenie! Złota, malowniczo odbija się w stawie, a w środku kryje rzekomo relikwie Buddy. Ale tym samym przyciąga turystów mrowie a mrowie, co zdecydowanie utrudnia zrobienie ładnego landszafcika.
Ponieważ do środka się nie wchodzi i w zasadzie ogląda się świątynię z jednego miejsca po drugiej stronie stawu, to całe zwiedzanie zajmuje jakieś… 10 minut.

No to zwiedziłam, zabrałam manatki z hotelu i przeniosłam centrum zarządzania (czyli komputer ;-)) do Osaki.
O Osace chyba zbyt dużo nie napiszę, bo zupełnie nie wiem, co bym miała. Tego pierwszego popołudnia zrobiłam sobie przejażdżkę tzw. Loop line (czyli linią pętelkową) wokół szeroko rozumianego centrum, no i się jakoś nie zachwyciłam.
To co będę więcej pisać…
No chyba, że mnie jeszcze czymś zaskoczy…

03/09/2012
O tak, to był zdecydowanie jeden z bardziej udanych dni tego wyjazdu i bardzo trafiony pomysł, który jak się okazuje mało komu wpada do głowy, sądząc po braku turystów wszelakich.
Amanohashidate to niewielka mieścinka nad Morzem Japońskim, za to z bardzo długą (3,5 km) mierzeją, spinająca brzegi po dwóch stronach zatoki. Mierzeja ta nosi potoczną nazwę „Mostu do Nieba”, bo tak ma wyglądać jak na nią spojrzeć z góry, stojąc tyłem do morza i patrząc poprzez nogi z głową do dołu.
Są dwa przeciwstawne punkty widokowe, na które można wjechać wagonikiem, lub krzesełkiem, lub wdrapać się po miliardzie schodów, Ta ostatnia opcja jest oczywiście najlepsza!
Mi się udało wejść tylko na jeden punkt (ten, po drugiej stronie), bo jak to mówią: sukces ma wielu ojców, a przysłowia kanazawańskie wielu godnych naśladowców i ledwie wróciłam z mierzei z powrotem do miasteczka zaczęło porządnie lać. Bardziej nawet porządnie niż w Kanazawa, do tego stopnia porządnie, że uniemożliwiło mi to powrót do Kioto normalną drogą (nie wiem, zalało tory, zerwało trakcję, czy coś?) i musiałam jechać naokoło przez Osakę. I tak z 2 godzin jazdy zrobiło mi się 5!
Ale i tak było warto 🙂

W kwestii przejazdu: wycieczka sama w sobie nie jest droga, bo przejście mierzeją (cudowne przez sosnowy las lub brzegiem w cieplutkiej wodzie) nic nie kosztuje (no chyba że się chce wynająć rower, lub co gorsza przepłynąć łodzią), zamiast wjeżdżać na punkt widokowy (za ok 800 Y) można wejść (15-20 minut), ale żeby dojechać do Amanohashidate niestety częściowo (od Fukuchiyama) jedzie się linią nie JR-ową, choć wciąż tym samym pociągiem, co kosztuje 1380 Y w jedną stronę (ok.35.km). Ale i tak będę zachęcać do popełnienia tej wyprawy, a nawet chętnie spędziła bym tam kilka dni wyciszającego urlopu.
I na pewno nie dlatego, że przemiła pani w informacji turystycznej wyposażyła mnie oprócz obowiązkowej mapy w wachlarz i 3 origami 🙂

no to NARA

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook
  1. JEZZ
    05/09/2012 at 23:08

    Misiek musiał nieźle zabalować … tak go jakoś do dołu łepkiem przewróciło 😉
    Czy te jelonki to takie nasze łabędzie na Mazurach? Okrążają turystę i szturchają do ostatniego okruszka.

  2. 06/09/2012 at 02:02

    gorzej, one lecą za Tobą do ostatniego tchu (a zasadniczo biegają lepiej), a jak masz w ręku coś innego fajnego np. mapę to też pożrą. A jednemu dzieciakowi z wózka wyżarły paczkę pampersów

  3. JEZZ
    06/09/2012 at 18:12

    Tygrys! Czy Misiek odszedł drogą do nieba?!!! …. nie widzę go na kolejnych zdjęciach! Chyba nie pożarły go jelonki?

    • 07/09/2012 at 03:03

      no tak, a tym że mnie nie widać na zdjęciach, to już się nie martwisz? no ładnie ;-P
      A może to mnie jelonki pożarły, a Miś redaguje bloga? hę?
      Wiem, podlizujesz się Misiu, że niby tak się o niego troszczysz, tylko jeszcze nie wiem, jaki masz w tym cel, ale dojdę i do tego!
      uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że Miś się niebawem pojawi, może nawet dziś, lub jutro, lub pojutrze 🙂

  4. JEZZ
    07/09/2012 at 09:13

    Ty jesteś tylko na zdjęciach robionych przez Misia, …. a że rzadko oddajesz mu aparat….

    • 07/09/2012 at 12:28

      fakt, przejrzałaś mnie! ale wiesz, mój aparat mógłby Misia zabić! Twój zresztą też ;-D

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*