Niech żyje rekreacja ruchowa

Niech żyje rekreacja ruchowa

Niech żyje rekreacja ruchowa
rekreacja ruchowa
rekreacja ruchowa żyje nam!!!

Czyli trzy intensywne dni z życia tygrysa w Japonii

Zaczęło się niewinnie w piątek 24/08/2012.

Wstałam zupełnie normalnie tuż przed jedenastą (ciągle jeszcze słynny w pewnych kręgach jet-lag nie dawał mi zasnąć do wczesnych godzin porannych). Poprzeciągawszy się co nieco tu i ówdzie ruszyłam na delikatny podbój miasta.

A to jakiś pomnik ofiarom trzęsienia ziemi (lub wielu trzęsień, ale trudno powiedzieć, bo nie było nic po angielsku) obfotografowałam, a to stadion sumo zobaczyłam, a w jego pobliżu najprawdziwszego sumodokę, a to przeprowadziłam niewinną konwersację w metrze z zasiedziałym tu Amerykańcem, który potwierdził, że się fajnie w Tokio żyje (inna sprawa, ze wyglądał na dzianego byznesmena, lub raczej wysokiej rangi urzędnika CIA), aż w końcu wylądowałam w snobistycznej dzielnicy Ginza. Ale widać nie dorosłam jeszcze do tego poziomu luksusu (zapach perfumy zbyt mocno atakował me nozdrza), więc czym prędzej ją opuściłam na rzecz dzielnicy drapaczy chmur z jednej, a rozpusty z drugiej strony stacji kolejowej Shinjuku.

Jeśli wyjść ze stacji na stronę zachodnią i udać się wprost przed siebie podziemnym korytarzem z ruchomym chodnikiem (niestety prowadzącym tylko w stronę do pracy, a nie z powrotem na stację) to po ok. 1 km dochodzi się do kolosa będącego ratuszem Tokyo (Tokyo Metropolitan Government Building – pod taką nazwą występuje na drogowskazach prowadzących od stacji Shinjuku). Ma z 50 pięter i dumny tytuł najwyższego budynku w Tokio (243 m). Każde miasto ma ratusz na miarę swoich potrzeb i możliwości…
Od 33 piętra budynek się rozdziela na 2 wieże (co ma ponoć jakoś nawiązywać do gotyckiej stylistyki, no dobra dobra), w których każdorazowo na 45 piętrze znajdują się darmowe punkty widokowe na miasto (niestety oczywiście przez szybkę, ale i tak jest fajnie). Niektórzy mówią, że nawet Fuji z nich widać, ale ja tam nie wiem, nie widziałam, to co będę paplać….

Gdy się już napatrzyłam z góry, zeszłam w niziny. Przez dzielnicę Kabukicho (w zamierzeniach tuż-powojennych miał tam powstać teatr kabuki – stąd nazwa – w rzeczywistości to dzielnica „czerwonych świateł”, rozrywki, salonów „masażu”, love-hoteli i ogólnie w większości przedsięwzięć kontrolowanych przez yakuzę) z duszą troszeczkę tylko na ramieniu (w końcu było dopiero ok.18) przeleciałam do punktu kulminacyjnego dnia.
A punktem tym było Hombu Dojo, czyli – tłumaczenie dla niewtajemniczonych – tzw. kwatera główna organizacji Aikido Aikikai, do której mam przyjemność przynależeć i swoje cenne hektolitry potu na jej rzecz regularnie wylewać. Tym razem wylałam ich więcej niż zwykle, bo ćwiczenie w NIEklimatyzowanej, niezbyt dużej sali, w temperaturze 30 paru stopni, wśród 50 innych aikidoków, jest bardzo bardzo rozgrzewające… A do tego, dla podgrzania emocji, trening prowadził sam Doshu, czyli – znów dla niewtajemniczonych – szef tejże organizacji, a zarazem wnuk twórcy Aikido – Morihei Ueshiby. Ażeby było jeszcze ciekawiej obok mnie ćwiczył prawnuk J.
Przeżyłam!!!! Choć z dojo prawie wypłynęłam a nie wyszłam.

Za to powrót do hotelu publicznym transportem ok. godziny 21 nacechowany był aromatyczną poświatą świeżo rozpoczętego procesu trawienia alkoholu przez tłumy „salarimenów”, odzianych obowiązkowo w białe koszule i czarne spodnie. Nieliczni jedynie szaleni ekscentrycy pozwalają sobie na kolor blado różowy lub blue.

25/08/2012

Postanowiłam złamać jet laga i wstać na siłę o 5 rano – acha, znak że zaczęły się na dobre wakacje ;-)!
Kto mnie zna to wie, że był to wyczyn nie lada, a jak dodać do tego fakt, że po raz kolejny zasnęłam może ok 3 nad ranem, to naprawdę mogę być z siebie bardzo dumna.

Zabijając jet-laga spróbowałam upiec jeszcze jedną pieczeń, a w zasadzie bardzo dużą rybę, czyli pójść na słynny targ rybny.
Ponoć największe atrakcje, czyli jakieś aukcje grubej zwierzyny, odbywają się przed 4 rano (w sumie mogłam nie kłaść się spać) ale przecież o 6… no dobra 6:30 też jeszcze powinno być ciekawie. No więc okazało się, że już chyba nie, a do tego uprzejmy pan (tak jakby Japończyk mógł być nieuprzejmy) wyprosił mnie, twierdząc że zwiedzanie to między 9-10 i już. A teraz to sobie mogę pójść kupić w budzie klapeczki lub zjeść kluseczki.
Ani na klapeczki ani na kluseczki nie miałam ochoty, więc się zabrawszy to i owo w troki, ruszyłam na poszukiwanie góry Fuji (podejście drugie, bo pierwsze było w ratuszu). Na targ może jeszcze wrócę innym razem.

Hakone

Nie miałam w planach wspinania się na najwyższą górę Japonii – Fujisan. Ponoć nawet samo wejście nie jest trudne, ale jednak to wysoka góra ( 3,776.24 m ) i trzeba wziąć trochę inne ciuchy i buty ze sobą, do tego najfajniej jest wchodzić w nocy, tak aby dotrzeć na wschód słońca, a tego to już mi się w ogóle nie chciało. Tak więc wchodzić – nie! Ale zobaczyć z dołu, z jakiejś malowniczej perspektywy jak najbardziej TAK!
W internecie mówią, że najładniejsze widoki są z okolic jeziora Ashi w pobliżu Hakone.
No to ruszyłam do Hakone (wraz z milionami Japończyków, którzy akurat mieli sobotę i też sobie lubili powycieczkować).

Hakone ach Hakone! Japończycy potrafią sobie naprawdę świetnie życie zorganizować! Tak, żeby się nie umęczyć i żeby była pani zadowolona. Nie wiem, czy jestem, bo jednak ten tłum obok mnie wytrącał z wakacyjnej błogości, a poza tym wszystko było tak sprawnie zorganizowane, że czułam się chwilami jak trybik w maszynie, który się przesuwa wraz z całym mechanizmem.

Wycieczka wyglądała następująco:
Skorzystawszy z JR passa dojechałam w 40 minut SHINKANSENEM! (linia Tokaido do Shin-Osaka, pociąg typu Kodomi, model N700) ze stacjo Tokyo do Odawara. Tu udałam się do wychwalanego biura informacji turystycznej (Odakyu Sightseeing Service Center), gdzie miły młodzian mówiący poprawnie po angielsku, wszystko mi wyłuszczył i obdarzył niezbędnymi mapkami.
Okazało się, że mimo iż przyjechałam tylko na 1 dzień, to i tak lepiej kupić 2-day free pass (uwielbiam, jak oni nazywają rzeczy „free”, za które trzeba zapłacić!) za 3.900 yenów, bo tym mogę sobie jeździć po ich całym terenie turystycznym i nawet mieć drobne zniżki przy różnych atrakcjach.

Ekskursja po japońsku wyglądała tak:
– wsiad w Odakore w pociąg do Hakone-Yumote
– przesiadka w pociąg (taki bardziej retro) do Gora (nie mylić z do góry, chociaż i jedno ii drugie jest słuszne)
– wysiadłam stację przed, żeby zwiedzić genialne Open Air Museum z rzeźbami współczesnymi (w sensie od lat 30-tych XX wieku po dziś) a także z oddzielnym pawilonem przeznaczonym na pacianki Picassa. Rewelacja!
Tu własnie była ta jedna ze zniżek: zapłaciłam 200 yenów mniej z oryginalnej ceny 1600
– dojechanie tej jednej stacji do Gora
– czym prędzej przesiadka w wagonik-gondola wjeżdżający gdzieś tam hen w górę
– przesiadka z gondoli w kolejkę linową jeszcze bardziej w górę
– po drodze jeszcze jedna przesiadka w taką samą kolejkę liniową, ale jadącą w dół do jeziora Ashi (z tej stacji przesiadkowej można ponoć zobaczyć Fuji – nie widziałam, żadnej Fuji, więc nie twierdzę, że tak jest
– przemierzenie jeziora Ashi statkiem stylizowanym na piracki koriabl
Tu rzekomo również z pewnego miejsca miało być widać Mt.Fuji, ale że ponownie jej nie było, to coraz bardziej zaczynam powątpiewać w jej istnienie…
– z moto-Hakone przejazd autobusem do Hakone-Yumote

I tu wreszcie mogłam odsapnąć! A właściwie za chwilkę, musiałam jeszcze tylko znaleźć shuttle-bus, który w 3 minuty dowiózł mnie do onsenu. I tu już sobie wreszcie odsapłam.
Onsen – toż to nieodłączna część kultury japońskiej. Trochę jak fińska sauna, czy rosyjska bania, o łaźniach rzymskich nie zapominając! Miejsce towarzyskich spotkań rodzinnych, czy koleżeńskich, połączone z kąpielą, relaksacją i odmaczaniem odcisków (to mój przypadek! Już nigdy przenigdy nie kupię sandałów ecco, a taka fajna kiedyś marka była…)

Pierwotnie onseny były tylko w naturalnych miejscach, gdzie wybijały gorące źródła i tylko na świeżym powietrzu i do tego koedukacyjne. Z czasem na tyle się przyjęły, że zaczęto również budować onseny w pomieszczeniach zamkniętych, a zmiana obyczajów doprowadziła do rozdzielenia płci (w onsenach przebywa się w stroju Adama/Ewy, w wersji bezlistkowej).
Nie pamiętam dokładnie, jak się nazywa ten, w którym ja byłam, ale w okoliczy jest ich cała masa. Mój kosztował 1050 y minus zniżka 150 za ten „free pass”, którą i tak z nawiązką skonsumowałam, bo okazało się, że mają również przeróżne urządzenia masująco-wibrująco-ubijające, kaze w cenie po 100-wce za 5 minut.
Acha, warto mieć jakiś ręcznik, bo w przeciwnym razie to wydatek 300 y!

Było supcio! Już czekam kiedy znów pójdę do jakiegoś!

A powrót do Tokyo w godzinach, gdy „salalymeny” wracają po paru głębszych do domu, znów okupiony był sztachnięciem aromatami….

26/08/2012
What a day! zupelnie inaczej go zaplanowałam, a zupełnie inaczej się skończył, ale takie są zwykle najlepsze.
Z duszą na ramieniu postanowiłam odwiedzić inne miejsce ‘kultowe’ dla aikidoki, czyli Iwama – ostatnie miejsce, gdzie nauczał O’sensei i które de facto sam stworzył.
Miejsce samo w sobie nie jest wcale takie straszne. Wręcz przeciwnie. Jest urocze, sielskie, kontemplacyjne, zdecydowanie nastrajające do praktyki budo. Natomiast renoma surowej szkoły i zimnego chowu sensei Isoyamy, a także świadomość obecności maty ściernej i temperatur zbliżonych do tych panujących w piecach martenowskich, przerażają!

Przeżyłam! Przeżyłam ponownie! Przeżyłam to jeszcze raz!
Choć łatwo nie było. Przede wszystkim różnica między Hombu, a Iwamą jest taka, że Hombu działa jak kolej japońska: godzina treningu oznacza 60 minut ni mniej ni więcej.
Podobnie miało być w Iwama (trening w niedziele oficjalnie trwa od 10 do 11), tak też rozłożyłam sobie zapasy energii.
Nie uwzględniłam jednak faktu, że godzina w Iwama trwa tyle, ile sobie sensei prowadzący akurat zażyczy. Tym razem trwała ok 90 minut! Pod koniec miałam dosyć dość…
Powiadają, że co cię nie zabije to cię wzmocni. Tak jest z matami, których tu używają. Przy nich nawet ta na Choszczówce wydaje się być milusim pluszowym różowym futerkiem!

Ale przetrwałam i zaraz potem okazało się, że z jakiegoś powodu (czyżby z powodu mojego przyjazdu??? ;-)) jest bibka, na którą zostałam serdecznie zaproszona.
Bibka po japońsku, czyli zaczynamy w samo południe i zachlewamy się sake i piwskiem, małym co nieco zakąszając. Jeśli się nie chce zachlać, to trzeba być naprawdę czujnym, bo zwyczaj japoński nie pozwala na utrzymywanie pustkości, a choćby i połowiczności w szklankach sąsiadów. Oznacza to ciągłe nalewanie alkoholu do pełna przez wszystkich wszystkim. No nie daj boże wpaść w ich zwyczaj picia sake do dna – natychmiast szklaneczka się cudownie napełnia i łatwo stracić fason 😉
Ciekawostką gastronomiczną były lody na patyku, które wewnątrz miały mrożone posiekane liście zielonej herbaty. Interesujące doznanie zaiste!
A absolutnym zaś hitem eee wieczoru nie, to chyba popołudnia, była aikidocka piosenka, którą na wyraźne życzenie Inagaki sensei wielokrotnie odśpiewywaliśmy. No powiedzmy, to coś co się z naszych ust wydobywało miało coś wspólnego ze śpiewem….

A powrót do Tokio umilali mi rozmową bardzo sympatyczni Amerykanie, Diana i Kalen, którzy od 4 miesięcy uczą w Japonii angielskiego. Zabawnie, bo w Japonii ciągle jest relatywnie mało turystów z Europy, czy Ameryki, a że się odróżniamy to i bezbłędnie wyłapujemy w tłumie i działa jakaś taka symbioza odrębności, powodująca, ze ludzie do siebie trochę lgną 🙂

ps. w stosownym czasie napiszę oddzielnego posta dla aikidoków potencjalnie zainteresowanych odwiedzeniem Japonii w celach aikidockich – naturalnie napiszę tylko to, co wiem, a nie przekrojowo o możliwościach uprawiania Aikido w całej Japonii 😉

 

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook
  1. JEZZ
    26/08/2012 at 22:56

    No to się rzeczywiście DZIAŁO! Muzeum – super!
    Ze zdjęć z imprezy wynika, ze ci Japończycy wcale tacy zamknięci w sobie nie są 😉

  2. 27/08/2012 at 02:30

    no nie? bajki jakieś o nich opowiadają
    ale piosenki dziwne śpiewają 😀

  3. Seniorita
    27/08/2012 at 18:01

    Zaśpiewałabyś tę piosenkę i wrzuciła na bloga, mimo starań nie mogę sama jej zaśpiewać bo nie znam melodii 🙂
    Studzienki są świetnie, zdecydowanie zasłużyły na oddzielną galerię, ta kolorowa ptaszkowa po prostu genialna 🙂

    • 28/08/2012 at 02:09

      mimo starań i kilkukrotnych powtórzeń ja też nie znam melodii ;-D
      już się bałam, że jak mi każą samej śpiewać (bo tak czasem się zabawiają) to zaśpiewam na melodie „deszcze niespokojne” 😀

  4. JEZZ
    28/08/2012 at 10:31

    o, kurcze! Próbuję sobie wyobrazić Ciebie w tłumie małych, żółtych turystów pstrykających zdjęcia za free … ;D
    Czy na którymś zdjęciu widać Fuji?

  5. 28/08/2012 at 14:44

    Fuji? A co to jest Fuji?
    To musi być jakaś bardzo popularna legenda, bo wszyscy ją wspominają…

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*