czyli Viva la Vida Loca! 😉
Nasza „Vida Loca” trwała od 1 do 4 grudnia 2023 i skupiała się na 3 podstawowych aspektach:
1. spróbować jak najwięcej owoców morza, popijając je lokalnym vino blanco (ewentualnie tinto, ewentualnie cervezą, no względnie oryginalną sangrią (najlepsza była ta w imprezowni „Decadente”, nie żałowali ingredientów if you know what I mean) – próba jak najbardziej udana, chociaż niewątpliwie trzeba ją kontynuować, doskonalić i stale uzupełniać poziom owoców morza w organizmie;
2. zresetować się w miłym (czyli A. i moim) towarzystwie
w szczególności poprzez j.w. pkt 1, a także zwiedzanie w granicach rozsądku (centrum Madrytu nie ma przed nami tajemnic), jak również chłonięcie uśmiechów i życzliwej energii lokalsów oraz – last but not least – długie niespieszne rodaków rozmowy – cel osiągnięty w 100%! ;
3. pobić rekord 50.000 kroków dziennie, tego celu niestety nie osiągnęłyśmy bo… patrz punkt 1 i 2
Podsumowując:
– Madryt wcale nie jest tak nieciekawy, jak niektórzy chcieli nam wmówić! Spokojnie miałybyśmy tu co robić jeszcze przez następne 3 dni
w sumie trochę czasu nam zabrakło na niektóre atrakcje 🙁 trzeba będzie wrócić!
– 2,5 h na Muzeum Prado to zdecydowanie za mało :-D, no ale tak niestety wyszło
miałyśmy mieć więcej czasu dzień wcześniej, ale zatrzymały nas ważne sprawy w pobliskim „Ritzu” 😉 (to tam gdzie wróble chciały nam pożreć miskę ryżu za nie powiem ile kasy) no i już nie zdążyłyśmy.
Za to narażałam się na straszną karę, choćby inspirowaną jakimś obrazem Goyi, pstrykając tych kilka fotek (w myśl zasady: potem sobie obejrzę obok czego przebiegłam ;-)), bo to (fotografowanie) jest generalnie w Prado zabronione, czego absolutnie nie rozumiem, nie popieram i jestem na NIE!
– Nie zmieściłyśmy w napiętym grafiku również „La Guerniki” w muzeum Królowej Zofii, więc choćby dlatego trzeba będzie wrócić do M.
– PAPUGI!!!! w Parku Retiro mieszkają zielone papugi!!! Jak nie przymierzając u nas wrony, czy inne kawki.
Widok papug w Madrycie, a nie na jakichś „Kanarach” jakoś tak dodał wakacyjności i egzotyki tej bądź co bądź nie nazbyt gorącej – w tym czasie – lokalizacji.
– największe rozczarowanie? „najsłynniejszy pchli targ” el Rastro! Chińszczyzna połączona z Indiaszopem, samego pchlego targu jest może z 10% gdzieś na samym dole, więc szkoda czasu na resztę. Lepiej od razu walić na koniec i może coś się znajdzie oprócz misia z urwanym uszkiem.
Aha! Gdyby ktoś chciał mi przelać parę baniek EUR to proszę o kontakt na priv, podam numer konta.
Bowiem mam upatrzoną okolicę, gdzie mogłabym nabyć małe mieszkanko z ładnym widokiem na jesienne wypady
CZEKAM!!!
Aha2!
Pod pewnym szczególnym względem ten wyjazd był dla mnie szczególnie szczególny 😉
Po raz pierwszy z premedytacją nie zabrałam ze sobą normalnego aparatu fotograficznego, tylko pykałam fotki żelazkiem, w sensie domofonem, komórką w sensie znaczy się.
Chociaż było to bardzo wygodne, to jednak parę razy mi czegoś brakowało, żeby pstryknąć ciekawszą fotkę. Chyba już tak więcej nie zrobię, ale z drugiej strony… ta wygoda i lekkość… hmmm
….
⭤


weszło:
wyszło:




















































































































































































