vamos a la playa o o o o o

vamos a la playa o o o o o

tak tak, mój odlicznik czasu pokazuje, że to już tylko 6 dni (temperatura 27 stopni, w nocy 20) i będziemy na Karaibach!!!

Trochę nam się plany zmieniły i Meksyk przekładamy na inny, lepszy czas (kiedy nasz hiszpański wykroczy poza magiczną frazę „mi amor – por favor!”)

W tym roku tylko i AŻ Kuba – wyspa jak wulkan gorąca!

Kuba się powoli kończy. Ta Kuba „fidelowa”, która wprawdzie nie daje normalnie (w sensie demokratycznie, co nie musi oznaczać szczęśliwie) żyć jej mieszkańcom, ale która jest tak magicznie fascynująca dla „zachodniego” turysty.  Zwłaszcza tego ‚zachodniego’, bo mi osobiście, wychowanej w najlepszym z realnych socjalizmów, może się jawić dość smutno, a co najwyżej normalnie. Jak inż.Mamoniowi: znam – to nawet lubię.

No, ale oczywiście komunizm kubański ma zasadniczą przewagę nad naszym (szczęśliwie minionym *) wariantem wschodnioeuropejskim:

karaibski klimat, hiszpański język i czarno-iberyjską muzę 🙂

No więc: KUBA!

Szczerze? Jeszcze za bardzo sama nie wiem, co chcę na tej 1000km-długości-wyspie zobaczyć.

Zapieprz ostatnich miesięcy skutecznie odebrał mi szansę dogłębnego zgłębienia tematu i jak nigdy dotąd czuję się mocno nieprzygotowana do wyjazdu. Będziemy improwizować.

– Mamy bilet (w tę i z powrotem załapałyśmy się na zupełnie przyzwoitą cenę w Air France ca. 2,8 k pln)

– mamy tarjeta del turista (czyli coś, co funkcjonuje jak wiza, chociaż wizą nie jest – koszt 22EUR, do załatwienia w ambasadzie Kuby: Warszawa, Rejtana 15, tel: 22/8481715, chociaż chyba można to też dostać na lotnisku w Havanie)

– dzięki ‚tarjeta del turista’  mamy również bardzo oficjalną rezerwację 3 pierwszych noclegów (no habitacion = no tarjeta!); jeśli ta casa particular (czyli kwatera prywatna, de facto pokój przy rodzinie – najtańsza opcja noclegowa w kraju, w którym przy średniej krajowej ok. 20 USD, ceny w sklepach ‚nur für Touristen’ są 3-4 razy wyższe niż w Polsce sic!) rzeczywiście tak wygląda, to przynajmniej pierwsze 3 dni wakacji zapowiadają się uroczo 🙂

– dzięki temu samemu powyższemu ‚dzięki’, mamy również ubezpieczenie – tu trzeba było uważać, żeby ubezpieczalnia nie była aby amerykańska! Dlatego ubezpieczyłyśmy się tym razem w czymś, co nam dotychczas nic nie mówiło, ale w czym ubezpieczają się zorganizowane wycieczki – no to chyba Kuba uznaje?;  w ogóle trzeba bardzo uważać, żeby nie mieć i nie być zbyt amerykańskim

– np. nie należy wymieniać dolarów amerykańskich, w sensie, że a i owszem nawet można, tyle że taki USD, który równa się jednemu peso wymienialnemu (CUC), obłożony jest jednocześnie 10% podatkiem! dlatego bierzemy EUR, za które dostaniemy ok. 1,23 CUCa (CUCe to takie jakby nasze bony towarowe z lat komuny, udaje to dolara, ale tylko PEWEX się nabiera); oprócz CUCów funkcjonują normalne pesos (1/24 CUCa) dla Kubańczyków, w których posiadanie trudno wejść turyście, a nawet jak wejdzie to nie bardzo wie, co z tym zrobić (wejdziemy – dowiemy się)

– dzięki jedynemu roboczemu spotkaniu udało nam się ustalić, że:

jedziemy na Kubę 🙂

przez pierwsze 3 dni w Hawanie ustalamy co dalej i zdobywamy bilet na pociąg

4-go dnia jedziemy pociągiem (ca. 16h) do Santiago de Cuba (to hen tam na wschodzie, gdzieś pod Guantanamo)

a potem powoli wracamy na zachód z małymi odbiciami, a to na plaże, a to do parków narodowych,  a to do dawnej górskiej kwatery Fidela w La Plata, a to do do Trinidad i jeszcze paru wsi i miasteczek ze szczególnym OMINIĘCIEM Varadero (kurort „nur für Weißen”, gdzie przeciętny Kubańczyk nie ma szans wejść, chyba że jako obsługa)….

Chytry plan, prawda?

Dzięki temu, że ten wyjazd wydaje się, w odróżnieniu do wszystkich naszych poprzednich, mieć szansę być bardziej lajtowym (w sensie mniej tu zabytków, a więcej klimacików) nabyłam amazonowego „kundla” i zamierzam rozczytywać się w lekturach (niech on tylko zdąży do mnie przybyć!!!)

a tymczasem nastawiamy się na to co niebawem 😀

 

 

 

* choć niektórzy po ponad 20 latach wolnego rynku i raczkującej demokracji żałują, zawołując rzewnie „Komuno, wróć!”. To samo może stać się na Kubie za lat kilka, kiedy fidelizm padnie (bo paść przecież kiedyś musi), wejdzie szeroko rozumiany mcdonaldyzm z wszelkimi plusami dodatnimi ale i ujemnymi, i ludzie się pogubią o co  w tym wszystkim chodzi, na co to, i czy OTAKE KUBE walczyłem?!

Inna rzecz, że gdy Warszawa, próbując zakończyć etap egzotyczny,  zamknęła stadion X-lecia, to przestała być interesująca dla zachodniego turysty, a Kuba będzie zawsze mieć karaibski klimat, hiszpański język i czarno-iberyjską muzę 🙂 (niektórzy jeszcze przebąkują o kreolskiej cud-urodzie, ale przecież słowiańska jest równie dobra, no nie? ;))

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook
  1. JEZZ
    08/11/2011 at 23:06

    Już się nie mogę doczekać:) Ten wyjazd będzie przecież taki … inny. Powiedziałabym nawet, że relaksacyjno – kontemplacyjny. Bez biegania, napinania się, żeby zdążyć … wybałuszania gał, żeby niczego nie przeoczyć. Będziemy po prostu chłonąc atmosferę … już za cztery dni.
    Przeczytałam sobie właśnie artykuł Krzysztofa Mroziewicza o Kubie i Fidelu o ostatnim National Geographic – wczuwam się 🙂

  2. 08/11/2011 at 23:58

    no własnie! tylko czy my damy radę po prostu chłonąć 😉

    a artykuł podeślij pliz, ja się rewanżuję takim: http://www.geopolityka.org/index.php/analizy/957-co-dalej-z-kuba

    JA JUŻ CHCĘ! CHCĘ! CHCĘĘĘĘĘĘEEE……..

  3. JEZZ
    09/11/2011 at 11:30

    Niestety nie umiem wrzucić tu artykułu w pdf ( a tylko taką, zeskanowaną wersją dysponuję )przesyłam więc boczkiem 😉

  4. 10/11/2011 at 00:04

    boczkiem zupełnie fajny wywiad 😉

Leave a reply to JEZZ Cancel reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*