Nasz Gubernator to równy facet…*

Nasz Gubernator to równy facet…*

…rąbie turystów aż miło!

Pisałam już, że nie można wjechać do Palenque bez poniesienia opłaty za wjazd do parku? Do którego zresztą nikt, kto nie chce zwiedzać ruin nie wjeżdża, czyli de facto jest to ukryta opłata za zwiedzanie. Tyle, że tamta wynosi ok 70 M$, natomiast gubernator stanu Yucatan poszedł krok dalej i zarządził w dwóch głównych atrakcjach (czytaj przyciągających ‘bogatych’ turystów), czyli Chichen Itza i Uxmal, każdorazową opłatę na rzecz siebie samego w wysokości 125 M$ (+ oczywiście obowiązkowa opłata za wstęp 57 M$). I jak w Uxmal warto zagryźć zęby i wejść, bo rzeczywiście to fascynujące miejsce, to Chichen Itza można sobie zupełnie darować (o ile nie robi się np. dokumentacji statystycznej pod nazwą: stosunek liczby handlarzy do turystów, w zależności od położenia słońca i jaki to ma wpływ na wzrost (nigdy spadek!) ceny wody. Chichen Itza to nic innego jak bazar z pamiątkami, z usianymi gdzie-nie-gdzie (nie powiem – fajnymi całkiem) pozostałościami architektury Majów, do których absolutnie nie można podejść bliżej niż na 1,5 m! Wszystko osznurkowane, nie wchodzi się na piramidę, ani do żadnej innej świątyni, nie można przechodzić między kolumnami, nie wspominając o cenocie, w którym nie można się kąpać. Nikt by nawet nie chciał, bo jest to teraz gnojówka ze śmieciami.

Jeśli chodzi natomiast o kąpiel w cenotach w ogóle, to nie udało nam się tego dokonać w okolicy Tulum (a było ich tam trochę, a do Gran Cenote jeździły nawet autobusy), bo tam wygrało morze i margerity w happy hour 2 za 50 M$ ;), więc musiałyśmy zapłacić frycowe i pojechać taksówką z Chichen Itza do Ik-Kil. Ale było suuuuper…. Mokro i chłodno – miła odmiana od panujących wokół 40 stopni – szkoda, że starcza na 5 minut.

Pożegnałyśmy Meridę (która była naszą bazą wypadową do Uxmal i Chichen Itza) bez większego żalu i wyruszyłyśmy w drogę powrotną do Ciudad de Mexico. Gdy piszę te słowa mija właśnie 18 godzina jazdy autobusem (oczywiście ADO), a jeszcze ich kilka przed nami zostało. Z wytęsknieniem wypatruję Meksyku, gdzie oprócz upragnionego prysznica w hotelu będzie, mam nadzieję, ciut chłodniej (mimo że maj jest najgorętszym miesiącem w całym kraju, jak uprzejmie cały czas donosi siostra Seniorita).

Jeszcze tylko kilka muzeów przed nami, może jakiś wypad za miasto (np. do Puebli), trochę sprawunków na lokalnym bazarze i już. I po wakacjach. Ależ sobie w tym roku nasyntetyzowałam witaminy D3! Już drugi raz schodzi mi skóra od tej syntezy. A jeszcze mamy prawie 3 dni ]:->

* Parafraza pewnej bawarskiej piosenki, ba! Płyty całej, którą onegdaj nieomal nabyłam, p.t. „Unser Bürgermeister ist ein toller Mann”

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*