México Práctico

México Práctico

Rozpoczęłam pisanie tego wpisu już 06 kwietnia 2013, gdy do wyjazdu było jeszcze trzy tygodnie. I to był bardzo dobry pomysł, bo dzięki temu, że on już tu był, to tylko sukcesywnie  podczas wyjazdu, na bieżąco, dodawałam kolejne informacje. I dzięki temu powstał mini przewodnik praktyczny po Meksyku, z małym wypadzikiem do Gwatemali. W odróżnieniu do innych, nigdy nie dokończonych przewodniczków z minionych wypraw…

Zachęcam zatem do czytania, a nuż komuś te uwagi pomogą w organizacji własnego wypadu 🙂

PRZELOT
AIR FRANCE 2.900 PLN i raczej nie da się znaleźć taniej (w każdym razie niewiele) normalnymi liniami, z normalnym czasem przesiadkowym, a nie doba na lotnisku tu, doba tam i tydzień jakoś zleci…

Lot główny, w tym wypadku Paryż-Meksyk trwa około 11h, umilanych systemem rozrywki pokładowej (pasażerowie pokładają się ze śmiechu względnie pokotem); trzeba pamiętać o różnicy czasu (7h w stosunku do Polski, -6 GMT), zwłaszcza jak się rezerwuje hotel np…. czyli lecimy tam 4,5 h,  a wracamy 18,5h  

WIZA
w przypadku podróży turystycznej do 90 dni nie potrzeby posiadania wizy ani do Meksyku ani do Gwatemali.  Za wizę wjazdową się nie płaci ani drogą lotniczą, ani lądową, ani w Meksyku, ani w Gwatemali, ani w Belize. Za to, niestety, płaci się, i to wcale nie mało, przy wyjeździe drogą lądową: z Meksyku – 295 M$ (ok.25 USD), z Gwatemali 20 Q (3 USD), z Belize 30 $Bz (15 USD).

Lądując w Ciudad de Mexico trzeba wziąć pod uwagę, że nie wyjdzie się z lotniska wcześniej niż po ok. 2 godzinach, bo ląduje naraz kilka wielkich samolotów z Europy. Poza tym cała procedura to bułka z masłem.

UBEZPIECZENIE
 Na ogół takie ubezpieczenie podróżne nie jest jakoś szczególnie drogie (między 200 a 300 PLN za 3 tygodnie, lub prawie 500 PLN przy podwyższeniu wartości bagażu do 2,5 T EUR, co bardzo poważnie rozważam w przypadku tej wyprawy) i z pewnością warto je mieć, bo jak wiadomo strzeżonego fryzjer strzyże. W czasach internetowych wszystko można załatwić bez wychodzenia z domu – polisę ubezpieczeniową też. Np. na stronie Allianz  Także AIG ma sensowne ubezpieczenia podróżne, do tego z opcją całoroczną – niestety mimo wysokich limitów zdrowotnych, wartość bagażu pozostaje 1000 EUR

Info z ostatniej chwili: już się ubezpieczyłyśmy. Padło na Allianz (polisa typu Globtroter Direct) w cenie standardowej 369,5 za osobę i w rozszerzonej (droższy bagaż – 2,5 tys. EUR) 499 za osobę

SZCZEPIENIA
Meksyk&Gwatemala jak wiadomo nie są na szczycie top listy najbogatszych krajów świata, a co za tym idzie należy być zaszczepionym na wszelkie choroby tzw. od-brudowe, takie jak: żółtaczka, dur brzuszny, tężec, błonica, polio. Dur brzuszny, zwany też wdzięcznie tyfusem, należy doszczepiać co 3 lata (190 zł za jedno wkłucie), natomiast w przypadku pozostałych warto zrobić serie 3 szczepień w ciągu pół roku i to wystarcza na około 10 lata (tężec z błonicą są tanie bo 40 zeta za jedno szczepienie, żółtaczka jest droższa, dlatego warto polować na tzw. żółte tygodnie, kiedy są w większości placówek promocyjne), po których robi się tylko jedno szczepienie przypominające. W Warszawie najsensowniejszym miejscem jest Centrum Szczepień szpitala MSWiA, przy ul. Wołoskiej 137. Szybko, sprawnie, bez kolejek i nie płaci się dodatkowo za konsultację lekarską.
Oddzielnym problemem jest malaria. Na tę nie ma szczepień :-/ Dlatego, jadąc w rejony malaryczne, a dżungle jukatańskie do nich niewątpliwie należą, trzeba się wyposażyć w tabletki. Najczęściej obecnie oferowane (być może ze względu na najmniejsze spustoszenia w organizmie) jest Malarone – lek na receptę, którą również można dostać na Wołoskiej. Na 3 tygodnie należy kupić 2 opakowania, za 170 PLN/szt ( to jest najniższa cena apteczna jaką znalazłam, można zapłacić i sporo drożej). Względnie trzeba szukać na forach internetowych – pełno jest ogłoszeń w cenie ok 100 za op., sprzedawanych rzekomo starych zapasów, które zostały z wyprawy….

Aaaaaaby zapobiec malarii, najlepiej tak naprawdę nie dopuścić do ukąszenia przez paskudnego moskita. Metod jest cała masa (można się odganiać ogonem, można do nich strzelać z procy, można przemawiać do rozsądku… więcej na ten temat pisałyśmy TU), z których najczęściej stosowana to dokładne wysmarowywanie się tzw. repelentami. Od lat stosujemy starą, dobrą „Muggę”, do kupienia za 24 zeta np. w „Sklepie Podróżnika”.

W rejonach, w które jedziemy nie ma zagrożenia żółtą febrą, ale i tak ja mamy wszczepioną, w sensie za-szczepioną

Tu można się ponapawać piękną, kolorową listą szczepień zalecanych przy podróży do różnych krajów. Czyż nie cudna? Alternatywa dla podróży palcem po mapie, czy innym globusie

KASA
ten wpis będzie powstawał w trakcie wyprawy, bo nadal nie wiemy ile zabrać kasy. Oczywiście żelazna podstawa to 1000 USD , ale ile ponad to to się jeszcze okaże.
Są różne teorie na temat sposobu i typu kasy podróżnej. Jak to zwykle bywa poplecznicy teorii otwockiej spierają się z faleniczanami, a wielbiciele kolęd ze smakoszami jajek (tych akurat pogodziła ostatnia tzw. wiosna i wielkanoc w kolorze white). Generalnie chodzi o to, czy brać żywą gotówę (a jeśli tak to jaką? W Meksyku wybór $ jest oczywisty, ale już np. na takiej Kubie, lepszy jest kurs wymiany Euro), a może jednak czeki (rzecz przez Polaków opcja raczej niepraktykowana, ale Amerykanie a i owszem owszem), czy raczej karty kredytowo/debetowe i wyciągać ze ściany ile potrzeba. Obie wersje mają plusy dodatnie i plusy ujemne, bo równowaga być musi. Gotówka jest dobra, bo jest. Od razu, natychmiast dostępna, do tego w wielu krajach świata zielone są chętniej przyjmowane, niż waluty lokalne, czyli należy je w jakiejś ilości mieć bezwzględnie. Oczywiście jak się ich ma zbyt dużo, to w przypadku utraty, traci się zbyt dużo naraz, a karty można zdążyć zastrzec i nie stracić nic. Lub prawie nic.

Za to za pobieranie kasy ze ściany jest obciążone prowizjami, no i kart nie da się tak rozłożyć po bagażu jak kasy. Chociażby z tego powodu, że mało kto podróżuje z np 20 kartami i sobie je utyka w różne miejsca.

Właśnie, stara zasada podróżnicza mówi: rozkładaj kasę na kawałki i nie noś w jednym miejscu. Ale do głowy by mi nie przyszło zrobić, jak jedne zapoznany w Japonii Hiszpan, który poutykał 1000 EUR w różnych miejscach bagażu głównego, po czym mu ten bagaż nie dojechał i chłopak przez 3 dni żył na sępa.

Niezależnie od metody preferowanej (lub łączonej, jak potrawa chińska w dawnych czasach na Senatorskiej) tak czy tak, sytuacja podróżnika stojącego po środku meksykańskiej dżungli, które własnie utracił  wszystkie pieniądze, czy wszystkie karty, w danym szczególnym konkretnym momencie specjalnie się nie różni (zwłaszcza, gdy proces tracenia ciągle trwa).

Jeśli chodzi o przelicznik cenowy to w przypadku Meksyku wydaje się, że dzielenie przez 4 powinno dać przybliżoną cenę  w PLN; w/g kursu NBP z 04/04/2013 1 peso=0,2627. O quetzalu gwatemalskim NBP milczy, ale niektóre źródła podają, że 1 Q=0,42 zł

Kursy wymiany jakie nam się przytrafiły:

MEKSYKAŃSKIE PESO, oznaczane na ogół znaczkiem $

  • lotnisko: 11,25 za 1 USD (to był kurs baaardzo złodziejski)
  • Oaxaca: 11,65 ( a widziałyśmy nawet 11,75 ale już po wymianie, szkoda że się jednak nie zdecydowałysmy, bo potem było tylko gorzej)
  • Tulum: 11,6 wyszukane w całym mieście w Banku Szkocja, poza tym ceny na mieście 11,2-11,4
  • Merida: 11,5 za 1 USD i 15,4 za 1 EUR
  • lotnisko przed odlotem – HIT! – 11,87 (czyli na lotnisku jest okej ale nie po przylocie, trzeba szukać kantorków wylotowych – cała ich masa i konkurencja w pełni rozkwitu)

GWATEMALSKI QUETZAL:

  • Santa Elena w banku: 7,7 za 1 USD
  • zmowa cenowa we Flores i El Remate: 7,3
  • naciągacze np. na granicy Meksyk-Gwatemala:  7

BELIZAŃSKI DOLLAR:

w zasadzie nei byłby nam do niczego potrzebny, gdyby nie to, że w drodze powrotnej z Gwatemali musiałysmy opuścić Belize i uiścić za to należną opłatę 30 B$, co nam łatwo przeliczyli na granicy na USD dzieląc po prostu na pół.

NOCLEGI
wpis będzie powstawał w trakcie wyjazdu. Na ogół nie rezerwujemy hoteli/hosteli, zdając się na żywioł, choćby dlatego, że na ogół nie wiemy dokładnie, którego dnia dokąd dotrzemy i ile tam zabawimy. Ale jest jeden wyjątek: przylot do nowego kraju, zwłaszcza jeśli ten przylot następuje wieczorem –  to już koniecznie.

I tak zarezerwowałyśmy pierwsze 3 noce w hostelu w samym Centro Historico, 300 m od katedry. Nasz pokój ma być rzekomo dla niepalących, ze śniadaniem, z internetem LAN i WIFI, z trzema ODDZIELNYMI (bo to nie zawsze tak bywa) łóżkami i z widokiem na miasto. Do tego w absolutnie przystępnej cenie, bo w przecenie o 55%, czyli za ok 50 $ za noc. Okaże się….

okazało się co nastepuje:

  • Ciudad de Mexico: hostel Amigos, w zasadzie był internet, były 3 oddzielne łóżka (w tym jedno piętrowe) widok na miasto był z tarasu na dachu, za to z pokoju nie było żadnego widoku, bo w ogóle nie było okna! Ale cena zawierała śniadanie i kolacje – daje radę, choć polecam na siłe
  • Oaxaca: „Hostal Casa del Sol” – absolutnie super! Urocze miejsce, relaksujące, czyste z duszą. Łóżko w dormitorium za 160 M$ (ok.45 PLN) w pokoju 8-osobowym (ale że jest po sezonie to praktycznie całe dormitorium nasze).
  • Palenque: „Posada de Los Angeles” – 450 M$ za dwa podwójne łóżka, bez klimatyzacji, bez śniadania, za to z TV (nie wiadomo po co!) i własną łazienką. Bez rewelacji, za drogą jak na ten standard, ale dało radę jedną noc. Za to położone w samym centrum, blisko dworca autobusowego, a naprzeciwko czynny calą dobę Mr.Taco (co ma zasadnicze znaczenie, gdy rusza się o 6 rano w 8 godzinną podróż.
  • el Remate (Gwatemala): „Mon Ami”, zespół gwatemalskich chatek, prowadzony przez wyluzowanego Francuza, wyglądającego na prekursora francuskiego ruchu hippi. Mimo pierwszego dość ubogiego wrażenia, standard wcale nie jest taki zły jak się wydaje. Czysto, higienicznie, z klimatem. Do tego niezła restauracja, chociaż raczej europejska w smaku niż centroamerykańska.
  • Chetumal: hotel „Ucum” – bez rewelacji, wyglądający na dawne więzienie zamienione na hotel robotniczy. Ale była przestronna trójka z 3 łóżkami, własną łazienką i wiatrakami za jedyne 250 M$. Bardzo dobra cena, a wybór hoteli w Chetumal  jest dość ohraniczony. Jadło- i piciodajni zresztą też. Ale w zasadzie nie ma po co przyjeżdżać, chyba że ktoś jest zakręcony na punkcie ruin i koniecznie chce zobaczyć Kohunlich.
  • Tulum: „Rancho Tranquillo” – jak dl mnie absolutna rewelacja, do tego zupełnie nierozreklamowana wśród turystów. Oaza zieleni i zgodnie z nazwą – spokoju, niemal w centrum miasta (7 minut od dworca autobusów ADO, idąc w prawo główną ulicą). Kilkanaście bungalowów (cabañas) w tym kilka droższych z klimatyzacją, w super zadbanym ogrodzie. Nasz domek w wersji podstawowej, z 3 łóżkami i wiatrakiem kosztuje 500 M$. Jedynym mankamentem są wspólne łazienki i toalety, ale za to są bardzo sensownie pomyślane, jako zespół oddzielnych kompletnych łazienek. Naprawdę klimatyczne miejsce. Pełne gadżetów, oryginalnych pomysłów i z super pomieszczeniem socjalno-bibliotecznym. Polecam zdecydowanie! 
  • Merida: „Hostel Zocalo” świetnie połozony w jednym z narożników Zocalo (czyli placu głownego, bo wszystkie place głowne w Meksyku nazywają się Zocalo, w odróznieniu od wszystkich placów głównych Peru, które nazywały się Plaza de Armas. Mialyśmy pokój z 4 łożkami, w tym jednym piętrowym bujliwym i własną łazienką oraz niezłym śniadaniem w cenie za 450 M$.
  • miasto Meksyk: „Hotel Metropol”. Ostanie noclegi w Meksyku postanowiłyśmy spędzić w wypasie i z przytupem. Zwłaszcza, że tak naprawdę Meksyk-miasto nie ma zbyt dobrej i za rozsądną cenę oferty, albo absolutne hostele młodzieżowe niezupełnie odpowiadające ceną jakości, albo od razu hotele. No więc znów podparłyśmy się stroną hotels.com. Przyzwoita przestronna trójka z łazienką bez klimy, bez śniadania i bez widoku kosztowała nas 66,24 USD za noc. Jest ok poza jedną zasadniczą wadą: okienka pokoju i łazienki wychodzą na małą studnię, na którą wychodzą również okienka innych pokoi i, co gorsza, toalet. Ale dało radę. Śniadanie w stylu szwedzki bufet, można dokupić za 100 M$ – nawet warto, lub zjeść na przeciwko za 24 m& – mniej wypasione, za to bardziej klimatycznie, bo w knajpie dla localsów

ATRAKCJE
będzie ich co niemiara, ze szczególnym naciskiem na pozostałości Olmeków, Zapoteków, Mixteków, Tolteków, Azteków i last but not least – Majów. Więcej pojawi się w trakcie rajdu ale zachęcam tymczasem do studiowania planów ruin

  • Mirador Torre Latino, czyli coś na kształt ichniejszego Pałacu Kultury – wjazd na ostatnie piętro z widokami na miasto (Mirador) 70 M$ (ok.18 PN)
  • Katedra – za friko
  • Teotihuacan – onegdaj największe miasto Mezoameryki – 57 M$ (ok.16 PLN) + dojazd z Mexico City na własną rękę 2×40 M$ (ok. 25 PLN) ok. 1h
  • Mitla – zapoteckie centrum religijne – 42 M$ (ok.12 PLN) + dojazd z Oaxaca 2×20 M$ (ok.12 PLN) 40 min.
  • el Arbol de Tule – największe drzewo świata, ma 2.000 lat i wciąż dobrze się ma – 10 M$ (ok.3 PLN); dojazd z Oaxaca za grosze, pod warunkiem, że kierowca collectivo nie będzie chciał nas orżnąć (jeden chciał, ale go obśmiałyśmy i dostał po 10 M$ – to i tak za dużo!).
  • Monte Alban – stolica zapoteckiej kultury z boiskiem do gry w pelotę – 57 M$ (ok. 16 PLN) + dojazd 2×6 M$ jeśli autobusem publicznym z dojściem ok. 3km na nogach, albo 45 M$ w dwie strony autobusem turystycznym
  • Muzeum Rufino Tamayo w Oaxaca – bardzo fajna prywatna kolekcja sztuki prekolumbijskiej z fantastyczną kolekcją terakotową. 35 M$
  • Palenque: 57 M$ + 27 M$ za wjazd do parku, którego nie da się uniknąć, gdyż park zaczyna się PRZED ruinami, czyli de facto opłata za zwiedzanie Palenque wynosi 84 M$ (ok.23 PLN). Dojazd z miasteczka ok. 7 km za 20 M$ w jedną stronę
  • Tikal, Gwatemala: 150 Q (Quetzale), ok.20 USD, plus dojazd 50 Q w obie strony
  • Kohunlich: 55 M$. Problem z Kohunlich jest taki, że nic tam publicznego nie jeździ. Można dojechać autobusem do tzw. Francisco Villa (ok.50km od Chetumal), ale potem trzeba zsuwać na piechotę 9km w pełnym słońcu. Alternatywą jest wzięcie prywatnej taksówki – tak też zrobiłyśmy – za utargowane 600 M$.
  • Tulum – 57 M$
  • Uxmal – 57M$ bilet + jakaś opłata dla gubernatora 125M$!!! No i oczywiście dojazd – z Meridy autobusem Oriente (II klasa) 47M$ w jedną stronę
  • Chichen Itza – 57M$ bilet + jakaś opłata dla gubernatora 125M$!!! No i oczywiście dojazd – z Meridy autobusem Oriente (II klasa) 72M$ w jedną stronę
  • cenoty – Ik-Kil kilka kilometrów od Chichen Itza 70 M$ oraz dojazd taksówką (inaczej się nie da) z Chichen Itza 60M$ w jedną stronę
  • Pallacio de Bellas Artes – 43 M$. Najciekawszy w tym muzeum jest sam budynek
  • Museo Nacional – za friko, ale w nim głównie kopie zabytków archeologicznych z całego świata oraz jeden mural Rufino Tamayo
  • Muzeum Antropologiczne – 55 M$. Fascynująca kolekcja sztuki prekolumbijskiej. Jeśli trzeba wybrać tylko jedno muzeum z całego miasta Meksyk to zdecydowanie TO!
  • Xochicalco – hit wyjazdu! 57M$ plus trochę skomplikowany dojazd. Autobusem z terminalu Suroste do Cuernavaca (lina Morelos za 90/100 M$), a potem albo minibusem, albo autobusem II klasy Lasser za  jakieś 13 M$ (tu cena jest bardziej umowna i zależy chyba od tego jak nas oceni kierowca)

TRANSPORT
się zobaczy w praniu, ale na ogół nastawiamy się na przejazdy autobusami i collectivami (czyli grupowymi taksówkami).

  • taxi z lotniska do hostelu w absolutnym centrum – 260 M$ (ok.75 pln). Taksówkę zamawia i opłaca się w okienku na lotnisku, w dyspozytorni/kasie autoryzowanej korporacji, więc nie ma ryzyka.
  • Mexico – Las Piramidas koło Teotihuacan z terminala el Norte – 40 M$
  • taxi z głównego placu Mexico do TAPO (bo metro nie działało) – 80 M$ (ok. 22 pln)
  • metro w Meksyku: 3 M$ za jazdę bez ograniczeń, pod warunkiem nie wyjścia z metra. Bardzo dobra cena, za bardzo dobrą dobrze rozbudowaną i bardzo często jeżdzącą sieć (no wiem, sieć nie jeździ, ale wiadomo o co chodzi). I wcale nie jest niebezpiecznie, jak ostrzegają  niektórzy. Wiadomo: metro – trzeba uważać na kieszonkowców, ale w Wawie tak nie jest?!
  • Ciudad de Mexico – Oaxaca liniami ADO z dworca wschodniego (Terminal Oriente TAPO): 1 klasa 474 M$ (ok.130 PLN) klasa lux jest droższa o ok. 30 pln; przejazd trwa 6,5 h
  • Oaxaca – Mitla 20 M$ collectivo; Mitla – el Tule 12 M$ autobus; el Tule – Oaxaca 10 M$ collectivo
  • Oaxaca – Palenque, liniami ADO, 1 klasa 672 M$ (ok. 190 PLN); przejazd trwa 15 h! no, ale oszczędza się na noclegu 😉
  • Palenque – Las Ruinas 20 M$ (collectivo)
  • Palenque – Flores 350 M$ (30 USD) za zorganizowany transport busem do granicy, łodzią ok 30 min, po rzece granicznej, busem-klekotem po stronie gwatemalskiej (razem 8-9 godzin)
  • Sta Elena – El Remate 20 Q (3 USD) collectivem – raczej jest to cena dla głupich gringos
  • El Remate/Flores – Tikal 50 Q
  • El Remate/Flores – Chetumal 275 M$ (30 USD)
  • Chetumal – Tulum liniami ADO 204 M$
  • Tulum – Merida
  • Merida – Uxmal 47 M$
  • Merida – Chichen Itza 72 $
  • Chichen Itza – cenot Ik-kil taxi 60M$ w jedną stronę oczywiście, bo dwie byłoby by za tanio w tej mekce turystyki meksykańskiej
  • Merida – Meksyk 1310 M$ za 21 godzin jazdy ADO
  • Meksyk – Cuernavaca – Xochicalco: Morelos za 90/100 M$ + Lasser za 13-15 M$

ŻARCIE

Generalnie wiadomo, jak kuchnia meksykańska to tortille, quesadille, buritosy, tacosy, enchillady i nchosy czyli pszenne lub kukurydziane placki bardziej lub mniej sztywne. Na razie udaje nam się bezbłędnie rozpoznać tylko nachosy i z rzadka tacosy – reszta jest wciąż tajemnicą. Przy okazji okazuje się, że kukurydza w Meksyku nie zawsze jest żółta, przebiera kolory przeróżne, a tortilla z kukurydzy błękitnej może wyglądać jak sprasowany cement (ale smakuje normalnie).

Kuchnia meksykańska jest generalnie spoko, na to co powyżej wrzuca się jakieś mięcho, najlepiej grillowane, lub pieczone lub jakoś inaczej przysmażone (np. tzw. pastor to taka ich wersja kebaba) lub zmiażdżoną fasolę, trochę czegoś surowego, podlane czymś ostrym i w miarę możliwości obowiązkowo guacamole, czyli salsa z awokado. I własnie guacamole lubiłabym najbardziej, gdyby nie to, że wtykają do niego z uporem maniaka ścierę, czyli kolendrę . Na szczęście nie wszędzie. Są miejsca gdzie, gdy zamówi się ‚orden de guacamole’, dostaje się przepyszną zieloną ciapkę, w której nawet można wypatrzeć większe kawałki avocado

Jak na razie absolutnym hitem gastronomicznym była restauracja w Oaxaca „La Biznaga„. Może nawet trochę droga (ale nie za bardzo) za to z absolutnie rewelacyjnym menu. Zachwyciła nas np. przekąska z marynowanego hibiskusa zapieczonego w chrupkim tortillowatym rożku.

Mój drugi faworyt wyjazdu to spaghetti z olbrzymimi krewetkami w jakimś takim warzywno-oliwnym sosie w restauracji w Tulum „Don Cafeto”. To tam podczas słuchania muzyki na żywo podjęłam decyzję o nauce gry na bębenkach

PICIE
będzie się działo…

W zasadzie nic się nie dzieje. Nasze eksperymenty w dziedzinie płynów sprowadzają się do wody w różnych gabarytach (za 1,5 L 10-16 M$) do której dorzucamy Isostar w tabletkach (no bo upał jest – fakt!), testowania wszelkich dostępnych lokalnych gatunków piw – zbyt wielu ich nie ma, a i tak zdecydowanie tę konkurencję wygrywa Corona (ceny w sklepach 12-15 M$ za o,33 L, ceny w knajpach 15-36 za tyle samo), oraz okazjonalnie porównywanie zawartości różnych Margarit – poza klasyczną limonkową oraz znaną i w Polsce truskawkową, mają tu też: kokosową, mangową, jakby malinowo-jeżynową i jeszcze jakąś dziwnościową (lub kilka dziwnościowych), których jeszcze nie piłyśmy (ceny są różniste od 30-70 M$ i w sumie nie wiem, od czego zależą). Oczywiście zdarzają się gdzieniegdzie happy hours i wtedy można dostać dwie w cenie jednej. Na upał limonkowa jak znalazł.

No i oczywiście soki. Świeżo wyciskane z przeróżnych bardziej lub mniej znanych owoców, czasem podlewane jogurtem, ale na ogół sauté. Najlepsza soczkarnia jest w Tulum na przeciwko dworca autobusowego. 25-30 M$ za 0,4 L

BEZPIECZEŃSTWO
straszą, straszą, wierzymy że tylko na straszeniu się skończy.

Jak to mówi starodawne polskie przysłowie: nie stras nie stras, bo się skupcias… czy jakoś tak. No i jak na razie prawdziwość tego porzekadła sprawdza się w 100%. Nikt nas nie napada, nikt nas nie okrada, ludzie się uśmiechają i jest ogólnie git. Choć uczciwie trzeba przyznać, że widziałyśmy ślady po kulach w szybach autobusu z Mitli do Oaxaca.

Jesteśmy czujne, ale nie czujemy się zagrożone.

INNE
się zobaczy w praniu

w praniu to jak na razie najbardziej przydała się kłódeczka. Okazuje się, że w hostelach raczej nie ma sejfów, ale są za to raczej metalowe szafki z możliwością zamknięcia na kłódeczkę, tyle że nie zawsze ta kłódeczka jest, więc warto mieć swoją lub ją kupić w automacie w hostelu za 40 M$ (ok.12 PLN)

Toalety publiczne: bywają za darmo, bywają co łaska, ale bardzo często są płatne 4-5 M$

Przechowalnia bagażu na dworcu autobusowym w Meridzie: 12M$ za plecak za godzinę, czyli pozostawienie plecaka na cały dzień równa się mniej więcej jednemu noclegowi (całą oszczędność z tytułu przejazdu Merida-Meksyk szlag trafił ;-))

 

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*