Jak to dobrze, ze jest goraco!

Jak to dobrze, ze jest goraco!

19/11-21/11/2011 Obudziły mnie smażone huevos revueltos (czyli jajecznica).

Co mnie nawet szczególnie nie zdziwiło, bo okna naszego pokoju (bez okien) wychodzą dokładnie na kuchnię (dopiero w niej są normalne, czyli bezszybowe framugi, czyli okna na świat zewnętrzny)

Nie zdzwiwiło mnie to również dlatego, że na Kubie codzienie na śniadanie są jakieś jajka (jajecznica, omlet, sadzone, i… na tym w zasadzie się kończy repertuar jajeczny).

Zaczęłam się dopiero dziwić, gdy smażenie trwało już dobre 15 minut i nie ustawało w natężeniu, za to supełnie nie generowało zapachu.

Dotarło. Obudziłam się. To nie jajecznica! to ulewa!

Welcome to Baracoa!

Baracoa to takie miasto(?), wieś(?), pueblo położone na najbardziej wschodnim krańcu wyspy (ok.1100 km od Havany, 250 km od Santiago de Cuba),

To zarazem pierwsze miasto Kuby, założone przez Velazqueza w 1511, który pozakładał ile się dało i sobie poszedł, zostawiwszy m.in. małą osadę za górami za lasami (palmowymi rzecz jasna), odizolowaną od reszty wyspy przez następnych kilka wieków.

Najtrafiej opisuje tę izolację autor przewodnika Lonely Planet:

„Take a pinch of Tolkien, a dash of Gabriel Garcia Marquez, mix in a large cup of 1960s psychodelia and temper with a tranquilizing dose of Cold War-era socialism. Leave to stand for 400 years in a gegraphically isolated tropical wilderness with little or no contact with the outside world. The result: Baracoa – Cuba’s weirdest, wildest, zaniest and most unique setlement..”

Czyż nie zachęcający opis? W skrócie: Tolkien, Marquez, psychodeliczna zimna wojna + 400 lat izolacji, czyli surrealizm w najczystszej postaci.

Ale nie dla niego tu przyjechałyśmy.

Tak naprawdę przyjechałyśmy tu z dwóch powodów:

1. Indianie Taino – pierwotna, prekolumbijska, ludność wyspy, której ślady odkryto i ujawniono w, cytuję za LP: „najnowocześniejszym muzeum Baracoa”!

Tia… Biorąc pod uwagę, że to jedyne muzeum w mieście, to faktycznie wszelkie sformułowania zaczynające się na ‚naj-‚są jak najbardziej uzasadnione, a biorąc pod uwagę miejscowe standardy ‚nowoczesności’można uznać, że muzeum się w nich perfekcyjnie mieści.

Muzeum jest o tyle fajne,że to tak naprawdę swoisty skansen zycia Taino. Dwie jaskinie w zboczu góry, w których toczyło się życie Indian. Zycie i śmierć, bo jedna jedna z jaskiń okazała się być miejscem pochówków.

2. Drugi powód – nietypowy jak dla nas – to PLAżE!

W zasadzie wolimy oglądać pochówki Indian (takich czy innych), nie-Indian (takich czy innych), no ale być na KAraibach i nie potaplać się w morzu?! Czy innym oceanie?!?! No nie?

Uważane za najlepiej przysposobione dla turystów plażowanie znajduje się w Varadero, dlatego postanowiłyśmy dokładnie to miejsce ominąć. Baracoa za to w/g przewodników miała posiadać równie świetne za to wciąż dziewicze warunki.

No, trochę wyszło inaczej. Plaże miejskie raczej nie zachęca,ją, plaża przy prze knajpie La Punta (w dawnej twierdzy) okazała się zamknięta, więc w końcu jeździłyśmy 20km za miasto, na najlepszą rzekomo plaże regionu: Playa Maguana (przejazd wynajętym samochodem lub taksówką, z powrotem o dowolnej ustalonej godzinie 20-25 CUC, wynajęcie leżaczka 2 CUC, żarcie i drinki jak wszędzie indziej…)

Maguana jest skąpa – w piaseczek, rafy i rybki, jak się okazało również w słońce, które dość szybko się chowa z drzewami, a drugiego dnia nawet nie chce wyjść, ale za to bogata w nietypową faunę:

– czarną maciorę ze stadem małych słodkich warchlaczków, popijających nasze drinczki,

– miliony psów przegryzjących nasze kokosy, dzielnie zarazem przedłużających gatunek, na oczach turystów, udających, że tego nie widzą,

– kury dziobiące co popadnie, w tym nasze leżaki…

I to wszystko w cenie leżaków – w Varadero na pewno tego nie mają!

Było leniwie, było pięknie, było wakacyjnie, ale czas kontynuować nasze zwykłe wakacje, czyli wsiadamy w kolejnego „Viazula” i jedziemy 12 godzin do Camaguey (jazda też była urozmaicona, ale o tym w następnym odcinku)


Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook
  1. 01/12/2011 at 09:23

    Ależ Ci gdzieś pl-iterki wyemigrowały :/

  2. 01/12/2011 at 09:29

    ach, po obejrzeniu słitfoci, przy pozycji 11 czuć niedosyt, takie niespełnienie artystyczne. Boż gdybyż obiekt na łóżku postarałby się upodobnić do obiektu na obrazie tylko bardziej, przykładowo ujednolicając ilość bawełny na sobie, a i kompozycje szerszą zastosować, by też całość było widać – no czyż nie było by lepiej? 😛

  3. JO!
    01/12/2011 at 15:11

    popieram w całej rozciągłości było by o wiele lepiej… 🙂

  4. 02/12/2011 at 19:17

    tiaaa… troche bede miala roboty z przerabianiem literek
    a w temacie no2, nie wiem, co by na to modelka powiedziala. Wprawdzie ten obraz zostal daleko za nami, ale moze sama poze pocwiczyc? W koncu dzis zielona noc – Marta, boj sie 😉

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*