dziękuję, wszyscy zdrowi

dziękuję, wszyscy zdrowi

Czyli od tygodnia jest już po wakacjach, a ja ciągle nie mogę się zebrać do popełnienia ostatniego wpisu z wyjazdu. Może to taka chytra podświadomość tak działa: tak długo, jak go nie dokończę, tak długo będą wciąż trwały. Wszystkie urlopy są fajne, ale wszystkie, bez wyjątku, mają jedną zasadniczą wadę: TRWAJĄ ZA KRÓTKO!

I te też się skończyły. Wróciłyśmy szczęśliwie, chociaż z lekkim poślizgiem w Paryżu, kiedy to nie zdążyłyśmy na samolot do Warszawy i musiałyśmy zadowolić się dodatkowymi 4 godzinami urlopu. Pomysł generalnie byłby super, gdyby nie to, że musiałyśmy je spędzić siedząc w prze-drogim lotniskowym barku, konsumując darmową – bo na koszt Air France – bułę z czymś i herbatę, oraz wino – a to już na koszt własny, niestety. W końcu późnym niedzielnym wieczorem wreszcie wylądowałyśmy  w domach.

I tak od kilku dni próbuję się przełączyć na tryb warszawski, czyli praca (na urlopie też ciężko zasuwałam, tyle że na ogół po ruinach starożytnych), szarość za oknem (w Meksyku wieczne słońce – tam nawet w nocy było jakby słonecznie), zimno (ach, gdzie te cudowne 40 stopni, których wydawało się, że nie daje się znieść. Ależ daje się, daje!) o margaricie wieczornej nie zapominając 😉

Na razie udało mi się przebrać zdjęcia z ostatnich dni w Meksyku, z których:

  • 1/3 spędziłyśmy w autobusie Merida-Meksyk (jakoś nam nie przyszło do głowy sprawdzić możliwości przelotu – 21 godzin zleciało jak z-bicza-czasł!)
  • 1/3 dozwiedzając kurcgalopkiem atrakcje Mexico City:
    • Palacio de Bellas Artes, czyli muzeum sztuk pięknych, w którym najpiękniejszy jest sam art-decowski budynek. Poza tym jest trochę murali Diego i jego kumpli i trochę sztuki dziwacznej. Warto wejść dla samego gmachu, galerię… jak ktoś bardzo bardzo lubi to też może, ale jak to mówią ‚dupy nie urywa’
    • Muzeum Narodowe (gdzie miało być dużo murali Diego de Riwery, a był tylko jeden Rufino Tamayo, oraz bardzo dużo kopii artefaktów z całego świata), czyli w zasadzie też nie rewelacja, za to jest zupełnie za darmo, więc jak ktoś potrzebuje odrobić lekcję z historii sztuki starożytnej świata w pigułce, to można.
    • Rewelacyjne Museo Nacional de Antropologia – absolutny MUS dla fanów prekolumbijskiej starożytności. Nie! Absolutny MUS dla wszystkich! Można nie oglądać nic w Ciudad de Mexico, oprócz tego muzeum właśnie. Szkoda tylko, że nas wyrzucili 0,5h przed zamknięciem, bo przyjechały jakieś wazniaki (smazony rys)  inie dokończyłyśmy 1/4-tej
    • odpuściłyśmy sobie za to pozostałości archeologiczne dawnego Tenochtitlanbo nas zirytowała pani żądająca wyrzucenia wody przed wejściem (dodam: przed wejściem na OTWARTY teren wykopalisk, a nie do muzeum). Generalnie Meksykanie są bardzo mili i rozsądni, ale czasem włącza im się coś. I to coś prowokuje idiotyczne decyzje administracyjne jak ta. Tak samo było w Monte Alban, tyle że tam nie pozwali wejść z czymkolwiek innym niż wodą (nie pozwoli nam wnieść naszych butelek z isostarem). Ale to na szczęście były odosobnione przypadki.
    • tuż przed wyjazdem poleciałyśmy jeszcze kurcgalopkiem kupować prezenty, na co w ogóle nie było czasu przedtem. Świetne miejsce na takie zakupy to bazar przy La Ciudadela. Wszelkie gadżety rzemieślnicze z całego Meksyku: kapy, sombrera, maski i inna ceramika, hamaki, pocztówki (ale bez znaczków! 🙁 ) itp. pierdółki
  •  1/3 w Xochicalco – jak dla mnie hit wyjazdu. Ostatni pełny dzień w Meksyku był zagadką do końca. Nie mogłyśmy się zdecydować: a może Puebla z hiszpańską architekturą i słynnymi klasztorami pod wulkanem, a może Tula z takimi fajnymi antropomorficznymi kolumienkami, a może… Xochicalco właśnie! Wygrało Xochicalco i super!

PODSUMOWUJĄC moje wrażenia z Meksyku (i Gwatemali w tle):

Jest czysto, jest porządek, ludzie są uśmiechnięci i przyjaźni, wcale nie jest niebezpiecznie (oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku, czyli nie włóczenia się po favelach, choć ponoć są i tacy, co nawet to przeżyli), o ile się nie trafi na jakieś porachunki pomiędzy gangami, gangami a policją, lub egzekucje . Ale my nie trafiłyśmy na nic takiego, tylko sporadyczne dziurki po kulach w szybach autobusów przypominały, że coś tam zdarzyć się może. Żarłyśmy, co się dało bez jakichkolwiek sensacji żołądkowych. Jeździłyśmy z upodobaniem metrem (bo to naprawdę super rozwiązanie w mieście Meksyk) i nikt nas nie okradł, za to w bonusie miałyśmy oprócz handlarzy czym popadnie, nawiedzonych kaznodziejów, również oszołoma tłukącego szkło butelek własnym czołem – performens taki. Spokojnie można podróżować samotnie, bo Meksyk to po prostu cywilizowany kraj z pewną nutką egzotyki. Gwatemala jest nieco bardziej dzika i naturalna, przede wszystkim dużo biedniejsza niż Meksyk. Nie wiem jak jest w głębi kraju, ponoć okolice stolicy Guatemala City są najbardziej niebezpieczne, ale ten krótki wypad, tak jak my zrobiłyśmy, poza tym, że jest nieco kosztowny, to zupełnie bezproblemowy.

Oczywiście, my jesteśmy zagorzałymi amokantkami w temacie starożytności i też taki był to typ wyjazdu (jestem absolutnie ukontentowana w tym temacie) i być może ktoś poszukujący innych wrażeń, docierający w dziksze ostępy, miałby inne zdanie – ja jestem zachwycona. No i te ruiny… Ach…. Choć i tak jeśli chodzi o kulturę prekolumbijską to niedościgłym ideałem są Inkowie, to moja subiektywna lista zabytków tego wyjazdu wygląda tak:

  • Xochicalco
  • Uxmal
  • Monte Alban
  • Tikal
  • Kohunlich
  • Tulum
  • Palenque
  • Chichen Itza

Share this!

Subscribe to our RSS feed. Tweet this! StumbleUpon Reddit Digg This! Bookmark on Delicious Share on Facebook

Leave a reply

*

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*